Blog > Komentarze do wpisu
I ona taka w tej białej sukience ... przygotowania końcowe

Dzień ślubu  (17.09.2011) to krzątanina członków rodziny, przyjaciół; trzeba przyznać, że zgrany kolektyw. Nie ma nerwówki, choć pewnie każdy pod wielkimi emocjami.

Zapomniałam o puszkach za samochodem. Któs kupuje puszki groszku i kukurydzy w sklepie, przekładamy zapasy do słojów, Wojtuś z Olą nawiercają, wiążą, są odpowiedzialni za przyczepienie puszek do auta po ślubie przed kościołem. To oni najwięcej mi tego dnia pomagają.

W kościele niespodzianka. Kościół udekorowany w białe i żółte margerytki, nawet ławki. Nie wiem co jest grane. Mój mąż "urabia" proboszcza, że to jakieś totalne nieporozumienie, bo ślub żeglarski, miało być biało-niebiesko ... przenosimy z księdzem jego dekoracje ("wyrzucone pieniądze") na ołtarz polowy, który jest za budynkiem kościoła. Finalnie widać, że mu się podoba, bo i kolorystyka "taka Maryjna" i to chyba jemu coś się pomyliło, pewnie zapomniał ... Alleluja!

Koleje zadanie to zawiezienie reszty dekoracji na salę - zwieszenie przy stole Młodych, muszle i ogólne spojrzenie czy wszystko OK. Znów Wojtuś z Olusiem są pomocni.

W międzyczasie wynika temat udekorowania bramki na dziedziniec przed salę, bo obsługa tego nie zrobi. Gnamy z powrotem do warsztatu-garażu, na szczęście mam pędy bluszczu, kto żyw wiąże fiolki (przygotowane w W-wie, posprajowane na złoto, w kolorze bramki), kwiatów jeszcze dostatek. No i zrobiło się naprawdę gorąco, nie tylko ze względu na obłędną letnią, wręcz upalną, pogodę. Znów kurs na salę. Dosłownie w biegu, z moim mężem (nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że może być tak pomocny w moich przedsięwzięciach florystycznych !!) dekorujemy bramkę. Nie ma czasu na przymiarki, rozmieszczanie kwiatów etc. Telefony od taty PM, co ma mówić na błogasławieństwie, co robić, jak to jest ... czuję, że jest mocno zestresowany, próbuję go uspokoić.

Jest godz. 13.30. Błogosławieństwo o godz. 14.00, ślub godz. 15.00. Bukiety do obwiązania wstążkami. Mam poszyte różne wariacje biało-granatowe, bo takowych dostać nigdzie nie sposób. Paseczki cienki, paseczki grube, jakieś koszmarne szpilki, którym odklejają się perełki. Przyssawki do dwóch róż na triumpha. Cichaczem umykam do łazienki by wziąć prysznic, podczas gdy błogosławieństwo trwa, słychać pochlipywania mam, chyba nie tylko ich zresztą.

Już jestem spokojna. Niemniej w torebce na weselu i na poprawinach miałam klej florystyczny, kwiatki śniedka, zapasowe hortensje oraz ... nożyce do cięcia kwiatów. Wyjątkowo często myślałam w tych dniach o koordynatorkach ślubu, jakże koszmarnie nerwowe mają zajęcie.

Byłam (dalej jestem) pod wrażeniem stylizacji Młodych, świadków i swatów, jak się tam mówi, czyli rodziców ...

Ale o tym w kolejnym poście.

Miłych wrażeń - jolanda

PS. Jeszcze mnie trzyma adrenalina, choć już siedzę sobie w domku, przy kawie. Przepraszam za marne zdjęcia, ale przy takim drżeniu rąk i pośpiechu nie dawałam rady. Mam nadzieję, że powrócę z tym tematem na bloga z profesjonalnymi, w swoim czasie.

 

środa, 21 września 2011, 1flora.1

Polecane wpisy